niedziela, 16 marca 2014

The Perfect Play - Zayn Malik 4

Rozdział 4

Zayn, w swoim życiu był z wieloma kobietami. Od koledżu do profesjonalistów, kobiety lgneły do niego jakby był nieodpartym magnesem, I nigdy nie był tym, który nie przyjąłby pięknej kobiety, chcącej iść z nim do łóżka.
Nigdy nie musiał zabiegać o kobietę. Do dzisiaj. Dopóki nie zobaczył Carrie opartej o ścianę sali balowej, nie uczestniczącej, tylko oglądającej, w tej iskrzącej się sukni w kolorze szampana, którą podkreślało światło z żyrandoli i wszystkich świec palących się wokół niej, jakby była głównym wydarzeniem w sali balowej.
Zachwyciła go od pierwszej chwili, gdy zobaczył ją dzisiaj w szatni. Nienawidził się wtedy za przegapienie okazji, a potem odnalazł ją w sali balowej i wydawało się, że tak miało być.
Była uprzejma i nie spławiła go, gdy już się przedstawił. I to mu się spodobało. Ku jego zaskoczeniu, bardzo.Zwłaszcza gdy z nim wyszła. Kobiety miały tendencję do trzymania się go jakby był Świętym Graalem, a kiedy już to zrobiły, nie odpuszczały. Nie lubił tego. Ale Carrie rzeczywiście wydawała się być bardziej zainteresowana wykonywaniem swojej pracy, niż byciem z nim. To było cholernie orzeźwiające. Więc tylko stał i przyglądał się. Była dobra w swojej pracy. Skuteczna. Zauważył, że miała kilki asystentów pracujących z nią i traktowała ich jak równych sobie. Nie wisiała nad nimi, nie traktowała ich z góry, jakby byli mrówkami pod jej stopami. Ale kiedy wydawała polecenia, ludzie ruszali się i to szybko. I wydawała się bardziej niż chętna, aby zrobić wszystko, co było do wykonania. Sprawnie otworzyła butelki wina, złożyła serwetki, pouczała nową kelnerkę, które stoliki są jej i uspokoiła cichymi słowami bardzo wkurzonego barmana, z większą cierpliwością, niż Zayn mógłby sobie wyobrazić.
Lubił patrzeć, jak porusza się na wysokich obcasach, szelest jej spódnicy dawał mu przebłyski tego, jakie musiała mieć spektakularne uda. Była szczupła, ale nie za bardzo. Wyglądała, jakby rzeczywiście zjadła trzy posiłki dziennie, w przeciwieństwie do wielu kobiet, z którymi był zmuszony spędzać czas. Miała krągłości w odpowiednich miejscach i był zafascynowany jej szyją, które była dobrze widoczna, ponieważ jej blond włosy były upięte w elegancką fryzurę, która wcale jej nie pasowała. Mógł się założyć, że zazwyczaj nosiła włosy spięte w kucyk lub jednym z tych klipsów do bałaganu we włosach. Nie wydaje się typem kobiety, która miałaby bałagan we włosach, więc musiała być perfekcyjna. Miała pełne wargi i wąską twarz i najpiękniejsze brązowe oczy, jakie kiedykolwiek widział. Ale co podobało mu się najbardziej tego wieczoru, to rozmowa z nią. Była prawdziwą osobą, niezainteresowaną budowaniem swojej kariery poprzez bycie widzianą uwieszoną na jego ramieniu, ale rzeczywistą, szczerą aż do bólu prawdziwą kobietą. Zabawną i ciepłą, z własną karierą. Ani razu nie szukała mediów, by mogli zrobić zdjęcie jej i Zayna. W rzeczywistości, zrobiła co mogła, żeby uniknąć mediów, które mogłyby zobaczyć ich razem.
Dobrze było być z nią, w tym pokoju. Nie było pośpiechu, nie musiał nigdzie być przez resztę weekendu. Minęło dużo czasu, od kiedy naprawdę chciał być z kobietą - cholera, czy kiedykolwiek chciał być w towarzystwie konkretnej kobiety? Nie mógł sobie przypomnieć takiej sytuacji. Dla wyzwolenia, tak. Dla zabicia czasu, zdecydowanie. Dla PR-u Elizabeth popychała kogoś w jego ramiona - cały cholerny czas. Ale żadna kobieta nie zachwyciła go wystarczająco, żeby naprawdę chciał z nią być. One wszystkie wchodziły i wychodziły z jego życia, jakby było cholernymi drzwiami obrotowymi. Wszystkie twarze i nazwiska zlewały się ze sobą, a on nie mógł sobie przypomnieć żadnego, ani tych, z którymi się spotykał, ani tych, które pieprzył. Zapominał o nich tak łatwo, jak one zapominały o nim.
Teraz Carrie, ją na pewno zapamięta.
Było w niej coś, co sprawiało, że chciał zrobić więcej niż tylko ją pieprzyć.
Poza tym właśnie teraz chciał ją pocałować, dotknąć jej i mieć ją nagą, by mógł zbadać resztę jej skóry i zobaczyć, czy była tak delikatna jak części, które już dotknął.
Spokojnie, człowieku. Nie za szybko. Nie chciał jej wystraszyć. Nie była jak inne kobiety, które kiedykolwiek spotkał. I po raz pierwszy w życiu, nie chciał, by czas biegł zbyt szybko. Chciał tej nocy, żeby przejść do godzin nadliczbowych.

niedziela, 23 lutego 2014

The Perfect Play - Zayn Malik 3

Rozdział 3

Zdecydowanie uderzał do niej. Nie miała wątpliwości. I nie miała pojęcia, dlaczego. Ale trzeba przyznać, że czuła się z tym dobrze. Rozgrywająca gwiazda futbolu, przystojniak, a minęło już trochę czasu odkąd jakiś mężczyzna zwrócił na nią uwagę. Dodatkowo w sali balowej było wiele wspaniałych kobiet, a on z jakiegoś powodu wybrał ją. Jej ego wspięło się wyżej o kilka szczebli. Dobra, może nawet wspięło się na sam szczyt.
Nic z tego nie będzie, oczywiście, ale zamierzała cieszyć się jego uwagą jeszcze przez kilka chwil.
-Nie rozumiem, Zayn. Dlaczego ja?
-Bo jesteś prawdziwa.
-A wszystkie te kobiety, wewnątrz sali balowej nie?
Uśmiechnął się.
-Większość. Wkrótce będzie czas, by wrócić do poważnej pracy. A jaki jest lepszy sposób na spędzenie mojego czasu wolnego, niż z kobietą, która jest szczera i nie jest graczem.
-Byłeś świetny w ostatnim sezonie. Gratulacje. Ale nie mogę sobie wyobrazić, że poza sezonem nie będziesz się cieszył pławieniem się w chwale jakiejś pięknej aktorki albo modelki albo kogoś, kto pomoże ci się zrelaksować.
-Dzięki. Mieliśmy niezły sezon. I mam najlepszą agentkę, która lubi wrzucać te modelki, czy którąkolwiek aktualnie gorącą aktorkę, obok mnie. No wiesz, to jest dobre dla mojego wizerunku.
Odchyliła się, żeby mu się przyjrzeć.
-Tak, widzę, jak przez to możesz znaleźć się w centrum plotkarskich wiadomości. I może skłoni to więcej ludzi, by przyszli na twoje mecze.
-Dokładnie. Ale to jest męczące. I może choć raz chciałbym po prostu być z kimś, kto nie jest...
-Sławny? Z koneksjami? Kto nie zaciągnie cię na okładki brukowców?
Zaśmiał się.
-Coś w tym stylu. Ktoś z kim mogę pogadać, prowadzić prawdziwą rozmowę. Być z nią, bo ona chce być ze mną, a nie dlatego, że to dobre dla jej kariery.
Zawsze zazdrościła ludziom takim jak Zayn Malik i kobietom uwieszonym jego ramienia. Może nie powinna.
-To nie brzmi jakbyś się z tego cieszył.
-Och, na boisku mam dużo zabawy. Poza boiskiem...
-Och, daj spokój. To nie może być takie trudne, być z tymi wszystkimi pięknymi kobietami.
Jego klatka piersiowa uniosła się, kiedy wdychał powietrze, a Carrie żałowała, że miał na sobie smoking. Obejrzała wszystkie mecze Szabli. Zayn w stroju do gry - było na co popatrzeć. Miał niezwykle atletyczne ciało. Po południu, gdy wbiegła do szatni - wow. Nie wiedziała, że mają tak wyrzeźbione ciała. Musiała przyznać, że nie miałaby nic przeciwko bliższej inspekcji. Czy to czyniło ją płytką?
Prawdopodobnie.
-Większość ludzi nie rozumie, dlaczego narzekam na randki z modelkami, które były na okładce Sports Illustrated, albo z popularnymi aktorkami bez żadnej skazy. Czasami sam się nad tym zastanawiam.
-Nie zawsze chodzi o wygląd. To prawda, pociąg fizyczny jest ważny. Jednak musi być coś poza tym, żebyś chciał z kimś być.
Przechylił głowę na bok.
-Rozumiesz.
-Oczywiście. Lubię przystojnych mężczyzn, jak każda kobieta. Ale musi być jeszcze coś więcej oprócz świetnego wyglądu. Coś, co mnie przyciąga i sprawia, że chcę więcej. W przeciwnym razie masz uczucie pustki.
-Nie często zdarzają mi się tego rodzaju rozmowy z kobietami, które spotykam.
-A próbowałeś?
-Masz na myśli, czy próbowałem z nimi rozmawiać, poza uprawianiem seksu?
-Tak
-Tak, próbowałem. Ale nie dochodzimy w nich za daleko. Są bardziej zainteresowane rozmowami o sobie i ich karierze. Nie moja dużo czasu i jestem znudzony, a chwilę później za drzwiami.
Uśmiechnęła się do niego.
-Może nie spotkałeś odpowiedniej kobiety.
-Pewnie dlatego, że nigdy nie szukałem - wstał i wyciągnął rękę - Chodźmy zatańczyć.
Poczuła przypływ paniki.
-Och, nie mogę.
-Dlaczego nie?
-Ponieważ pracuję.
-Bzdury.
Pociągnął ją do siebie, a ona poszła bezradnie, kiedy otworzył drzwi i poprowadził ją z powrotem do sali balowej, przez tłum, na parkiet. Ustawił ją przed sobą, wsunął rękę za jej plecy i przyciągnął, zamykając w objęciach.
Co za wyczucie chwili. Wolna piosenka. Światło było przygaszone, a pary tłoczyły się, ściśle przylegając do siebie. Skuliła się, była przekonana. iż znajdują się w centrum uwagi, jednak gdy szybko rozejrzała się dookoła, nikt nie wydawał się na nich patrzeć. Może to nie było niczym niezwykłym dla Zayna, złapać losowo wybraną kobietę i zatańczyć z nią. Modliła się, by media były zajęte robieniem wywiadów z kimś innym lub, by robili zdjęcia Katrinie Strauss, najnowszej Hollywood It Girl. Może przynajmniej była bezpieczna z dala od kamer.
Ale Carrie była pewna, że w każdej chwili ktoś z zarządu mógł ściągnąć ją z parkietu i zwolnić. Próbowała wypatrzeć na sali balowej pana Stokesa lub jego asystenta, albo kogokolwiek innego z jego pracowników, ale na parkiecie było zbyt tłoczno.
-Hej, możesz się rozluźnić?
Zerknęła na Zayna.
-Co? Och, przepraszam. Czuję się trochę winna.
-Przez taniec?
-Jesteś tutaj, aby świętować. Ja jestem w pracy.
Przesunął rękę w górę jej pleców, a ona zapragnęła nie mieć aż tak odsłoniętej sukienki. Czucie jego ciepłej dłoni na gołej skórze pleców, czyniło jasne myślenie prawie niemożliwym.
-Pracujesz. Sprawiasz, że goście są zadowoleni.
-Ha. Zwłaszcza jeden gość jest zadowolony.
-Reszta gości nie wydaje się być nieszczęśliwa. Odpręż się.
Przygarnął ją bliżej i kołysali się na parkiecie. Miał przyzwoity rytm, jak na kogoś tak wysportowanego. Spodziewała się, że futbolista będzie nieporadny, ale on ruszał się, jakby wiedział co robi.
-Tańczysz naprawdę dobrze.
-Brałem lekcje baletu.
Odchyliła głowę do tyłu, by przyjrzeć się jego twarzy, była pewna, że żartował.
-Niemożliwe.
-Ależ tak. Ja i kilka osób z drużyny. Jest dobra na koordynację.
Starała się nie roześmiać, bulgot w jej gardle narastał, powiedziała. - Jakoś nie mogę wyobrazić sobie ciebie w rajstopach i balowej spódniczce.
Ale on się śmiał.
-Upewniliśmy się, że w odległości mili od studia nie było nikogo z kamerą.
Im więcej czasu z nim spędzała, tym bardziej go lubiła. Cholera. Dlaczego nie mógł być aroganckim sukinsynem, zadufanym w sobie i gadającym tylko o swojej karierze i majątku? Dużo łatwiej byłoby odejść od niego, jeśli byłby samolubem. Ale był nie tylko wspaniały, był też zabawny i interesował się nią i jej karierą, a ona lubiła z nim przebywać.
Ile to już czasu minęło odkąd ostatni raz tańczyła z facetem? Nie potrafiła sobie przypomnieć. To znaczy, że za długo. To było dobre uczucie, czuć jego ciepłą rękę na plecach, kiedy drugą ręką trzymał jej dłoń, czuć nacisk jego ud na jej uda, gdy ze znawstwem kierował i obracał nią dokoła parkietu. Dobrze pachniał, jak sosny i świeże powietrze. Pochyliła się trochę i wdychała, zdumiona tą intensywnością.
A kiedy na koniec tańca przechylił ją, jej usta rozchyliły się i wypłynęło z nich małe westchnienie.
-Założę się, że nie nauczyłeś się tego na zajęciach baletowych.
Postawił ją w pozycji pionowej, z niecnym błyskiem w oczach.
-Nie mów nikomu, ale moja mama jest nauczycielką tańca. Mogłem nauczyć się kilku rzeczy, obserwując jej zajęcia.
-Twoja matka jest nauczycielką tańca? Uczy dorosłych tańca towarzyskiego?
Wsunął jej rękę w zagięcie swojego ramienia i poprowadził do stolika. Wysunął dla niej krzesło i usiadła.
-Nie, jest raczej ,,ucz wszystkie małe dzieci jak tańczyć" rodzajem nauczyciela.
Widziała dumę w jego oczach, a jej serce trochę stopniało.
-Co za cudowny zawód. Jestem pewna, że to kocha.
-Owszem. Choć była zwiedziona, że ma dwóch synów, którzy wolą grać w futbol i baseball, niż stać się następnym Baryshnikovem (rosyjski tancerz)
-Pewnie ją to zasmuciło.
-Zrekompensowała to sobie poprzez naszą młodszą siostrę, która była zmuszona znieść wszystkie lekcje tańca.
Carrie roześmiała się.
-Też ich nie chciała?
-Och, znosiła je jako dziecko, ale wolała raczej być na zewnątrz, stawiając czoła mnie i mojemu bratu. Jest dosyć nieustępliwa.
Carrie pochyliła się i położyła łokcie na stole.
-Brzmi jakbyś miał niesamowitą rodzinę.
-Bo taka jest. A jaka jest twoja?
Nie był to temat, w który chciała się teraz zagłębiać.
-Och, zupełnie inna niż twoja.
-Opowiedz mi o niej.
Tak, to powinno szybko go odstraszyć.
-Po prostu moja rodzina nie tworzy ciepłego ogniska domowego, jak wydaje się robić twoja.
Zaśmiał się i położył swoją dłoń na jej dłoni.
-Nie każda rodzina jest taka, kochanie. Nie znaczy to, że nie chcę nic wiedzieć o twoim życiu.
Naprawdę, nie chciał wiedzieć o jej życiu i popieprzonym bałaganie, którym była jej rodzina. Na szczęście w tym momencie firma cateringowa wysłała jej sygnał o jakimś problemie. Przyłożyła dłoń do ucha i wstała.
-Muszę iść.
-Jakiś nagły wypadek?
-Tak. Dziękuję za taniec. To była urocza przerwa.
-Wróć, gdy zażegnasz kryzys, z którym musisz się uporać.
-Na pewno, ale w międzyczasie możesz znaleźć inną kobietę, z którą będziesz chciał spędzać czas.
Oparł się na krześle i podniósł szklankę wody, posłał jej spojrzenie, które wywołało gęsią skórkę na jej ramionach.
-Nie, nie znajdę. Będę czekał na ciebie.
Odeszła pospiesznie, rozgrzana przez Zayna Malika. Mógł być niebezpiecznym człowiekiem, gdy poznać go lepiej. Ale zaintrygował ją, a minęło już dużo czasu, odkąd zrobił to jakikolwiek mężczyzna.
Niestety, minęło kilka godzin zanim znowu była wolna. Catering miał problem, gdyż zabrakło mięsa, główny barman miał zatarg z kelnerką, która pokłóciła się ze swoim chłopakiem drogą SMS-ową, po czym zatoneła we łzach, a Carrie musiała odbyć kilka szalonych rozmów telefonicznych, by każdemu przygładzić piórka. Do czasu aż to wszystko załatwiła, musiała też upewnić się, czy nie wybuchł jeszcze jakiś pożar.
W tym czasie przyjęcie przygasło. Wiele osób wyszło, zostało tylko kilkoro zawziętych. Osobisty asystent pana Stokesa zatrzymał ją i powiedział, że pan Stokes był bardzo zadowolony z przyjęcia i w przyszłości chciałby ponownie skorzystać z usług jej firmy. Stłumiła pisk, który cisnął jej się do gardła, spokojnie podziękowała i odpowiedziała, że z przyjemnością się tym zajmie. Miała nadzieję, że poleci ja innym. Jej interes musiał się rozwijać.
Kilka godzin później wszyscy wyszli. Carrie upewniła się, że zespół spakował się, po czym podziękowała im, jak również personelowi baru i cateringu, za tak dobrą pracę.
Gdy wszyscy wyszli, rozejrzała się po pustej sali balowej, nie mogąc opanować uśmiechu. Dokonała tego. Jej pierwsza ważna impreza wypadła doskonale.
 Bolały ją nogi. Opadła na najbliższe krzesło, zrzuciła buty i odkręciła wodę mineralną, którą porwała z baru, zanim go zamknęli. Wzięła długi łyk i westchnęła.
-Myślałem, że nigdy nie wyjdą.
Wyprostowała się i odwróciła, by zobaczyć Zayna przechodzącego obok rzędu pustych stołów.
-Myślałam, że wyszedłeś godziny temu.
Wyciągnął krzesło, ustawił naprzeciwko niej i usiadł, zaskakując ją jak cholera, kiedy chwycił jej nogi i oparł na swoich kolanach.
-Ja i kilku liniowych z ataku, spędziliśmy kilka godzin w pokoju trenera przerabiając ostatni sezon.
-Och, i jak poszło?
Podniósł jedną z jej stóp i zaczął masować. Przygryzła wargę, żeby nie jęczeć, tak cholernie dobre było to uczucie.
-Skończyło się na obwinianiu obrony o utratę mistrzostwa.
Roześmiała się.
-Jakże wygodnie.
Wzruszył ramionami.
-W pokoju koordynatora obrony, to obrona prawdopodobnie obwiniała nas, więc dlaczego nie?
Chciała mu powiedzieć, że brakowało jej go, do tego stopnia, iż spoglądała na niego jakby od niechcenia, gdy spacerowała po sali balowej, ale nie mogła przyznać tego głośno. To brzmiałoby, jakby była zbyt zdesperowana. Przecież ledwo go znała.
Z drugiej strony, jej stopy spoczywały na jego kolanach, a on tak cudownie je masował, że czuła mrowienie sutków i wilgoć w majteczkach. Jak to o niej świadczy?
Cóż, Kalifornia nie byłą jedynym miejscem, w którym przez ostanie kilka lat panowała susza. I była sama w ogromnej sali balowej z pewnym bardzo seksownym mężczyzną z niezwykłymi dłońmi. Zastanawiała się, co jeszcze mógłby nimi zrobić.
-Nie musisz masować moich stóp.
-Widziałem, jak krzywiłaś się z bólu, gdy zrzucałaś buty. I słyszałem twoje westchnienie.
-To była długa noc na bardzo wysokich obcasach - powiedziała ze śmiechem. - Szczerze przyznaję, że jestem typem dziewczyny, która woli niebieskie dżinsy i swoje mieszkanie.
Przechylił głowę na bok.
-Zdecydowanie mógłbym to sobie wyobrazić. W większości, jestem w tym podobny do ciebie.
-Niebieskie dżinsy i mieszkanie?
Zaśmiał się.
-Och, nie. Ale ten smoking mnie dobija.
Rozluźnił krawat i rozpiął dwa górne guziki, wzruszył ramionami w marynarce.
-Teraz trochę lepiej.
-Jeśli zaczniesz się rozbierać, to może powinieneś iść do domu - drażniła się.
-Dlaczego? Nigdy wcześniej nie widziałaś nagiego mężczyzny?
Zakrztusiła się ze śmiechu.
-Nie, to nie to. Ale nie sądzę, żeby to wielkie mauzoleum z salą balową zaoferowało ci prywatność, byś mógł zdjąć wszystko, co chcesz zdjąć?
-A skąd wiesz, ile chcę zdjąć?
Przycisnęła brodę do klatki piersiowej i potrząsnęła głową.
-Kopię sobie coraz głębszy dołek, prawda?
-Czy jest jakieś miejsce, w którym powinnaś teraz być?
Jej głowa podskoczyła, spotkała się z nim wzrokiem.
-Nie. Dlaczego?
-Chodź ze mną.
Postawił jej stopy na podłodze, pochylił się i wziął jej buty, a następnie chwycił swój płaszcz i zarzucił jej na ramiona.
Carrie podążyła za nim do wyjścia z sali balowej.
-Dokąd idziemy? I nie powinnam założyć butów?
-Nie. Nie opuścimy hotelu.
Nacisnął przycisk wzywający windę.
-Masz tutaj pokój?
-Wszyscy mają. Drużyna nie chciała, żeby chłopaki prowadzili w nocy po imprezie. Wiesz, na wypadek, gdyby nadużyli całego tego świetnego alkoholu, który dostarczyłaś.
Weszła, gdy przytrzymał dla niej otwarte drzwi.
-Nie przypominam sobie, żebym widziała, byś pił cokolwiek poza wodą.
Wzruszył ramionami i wcisnął przycisk.
-Nie piję dużo na imprezach takich jak te. Zbyt dużo okazji, by zrobić z siebie idiotę w miejscu publicznym. A media uwielbiają ujęcia graczy, którzy zabalowali trochę za bardzo.
Odwróciła się do niego.
-Wolisz to robić prywatnie, co?
-Ha, ha.
Drzwi windy otworzyły się i poprowadził ją w dół korytarza, wyjmując klucz z kieszeni.
-Wolę tego nie robić w ogóle. Przerobiłem to, kiedy byłem młodszy.
Otworzył drzwi i przytrzymał, dopóki nie weszła. Ponieważ urządzili imprezę w jednym z najlepszych hoteli w San Francisco, pokój był ładny. Naprawdę ładny. Z łazienką i przedpokojem, który musiał prowadzić do sypialni.
Carrie podeszła do okna, pocierając ramiona i spojrzała na zabójczy widok, jakim była panorama miasta.
-Zimno?
Obejrzała się na niego.
-Trochę.
Owinął ją swoją marynarką.
Wsunęła ręce w marynarkę, która była na nią za duża, ale od razu ją rozgrzała. Jego zapach otaczał ją ponownie, dy to zrobiła. Odwróciła się do niego.
-Dziękuję.
-Proszę bardzo.
Jego palce pozostały powyżej klap marynarki. knykcie spoczywały na wzgórkach jej piersi. Mimo że tkanina oddzielała jego dłonie od jej skóry, wciąż czuła tam ich nacisk, a to rozgrzało ją bardziej, niż kiedykolwiek mogłaby zrobić to marynarka.
Jej serce wybijało szybki rytm,a ona zorientowała się, że była w jego pokoju - sama. Ona tego nie robiła, nie podążała ślepo za mężczyzną, którego nie znała, do jego pokoju. Nie łatwo było zauroczyć ją sławą, to nie miało dla niej znaczenia.
Gdzie podział się jej zdrowy rozsądek?

czwartek, 23 stycznia 2014

The Perfect Play - Zayn Malik 2

Rozdział 2 

 Kiedy Carrie Lincoln wyszła cało z tego popieprzonego zdarzenia, pomyślała, że może być ono najlepszym, co jej się przytrafiło. I to cholernie dobrze, bo mogło przysporzyć jej więcej pracy, a The Right Touch potrzebuje wszystkich zleceń jakie może dostać.
Planowanie wydarzenia, jakim była letnia impreza drużyny San Francisco Sabers, było łutem szczęścia. Asystent właściciela dostał jej wizytówkę od drużynowego planisty, który zwykle to organizował, jednak był już zarezerwowany na dzień, kiedy chcieli urządzić imprezę.
Trzeba było czterech miesięcy prawie nieprzerwanej pracy, ale gdy Carrie odbyła kolejną rundkę dookoła sali balowej, skinęła głową z satysfakcją.
Dokonali tego. Od brokatowych, ale subtelnych dekoracji drużyny NFL do wspaniałego jedzenia przy barze i fantastycznego zespołu. Było doskonale i wszyscy wydawali się świetnie bawić.
Carrie wmieszała się w tłum, a słuchawka dyskretnie ukryta w jej uchu pozwalała na szybkie zażegnanie katastrof, na odpowiedzi na wszelkie pytania, lub uzyskanie pomocy, gdyby ktoś jej potrzebował. Jak dotąd, wszystkie kryzysy były drobiazgami. Monitorowała kącik barowy, sprawdzała catering, by upewnić się, że jedzenie było gorące i obfite oraz kręciła się wokół tłumu. Nikt się nie skarżył, a uśmiechnięte twarze dookoła mówiły jej, że wszyscy skupieni są na tym, na czym powinni się koncentrować - na futbolu i dobrej zabawie - co oznaczało, iż mogła zrobić krok wstecz i po prostu obserwować.
Zespół wymiatał, ludzie tłoczyli się na parkiecie, media były pod nadzorem robiąc zdjęcia gwiazdom z drużyny, trenerzy dawali wywiady, i po raz pierwszy tej nocy Carrie odetchnęła, opierając się o francuskie okna, za którymi ukazywało się piękne miasto.
-Dlaczego nie jesteś tam i nie tańczysz?
Podniosła wzrok na porcję 175 cm wspaniałego mężczyzny w smokingu, który wznosił się przed nią. Czarne włosy, zadziwiająco brązowe oczy; dokładnie wiedziała kim był - Zayn Malik, rozgrywająca gwiazda San Francisco, a jej dzisiejszy wybawca. Była tak roztrzęsiona po tym, jak zgubiła się w piwnicy obiektu, w którym ćwiczyła drużyna, że nawet nie zarejestrowała kim był, dopóki winda nie zawiozła jej na najwyższe piętro. Dobrze, nie tylko roztrzęsiona, ale też trochę onieśmielona. Kto nie byłby, kiedy stajesz twarzą w twarz z półnagim, spoconym, wspaniale umięśnionym przystojniakiem? Dar boży dla kobiety. Dobry Boże, wyglądał seksownie. Niestety, wszystko, co mogła wtedy zrobić, to zapytać o drogę.
Idiotka.
Ale potem jej myśli stanęły w ogniu, a ona zdała sobie sprawę, do kogo mówi.
Zayn Malik. Ten Zayn Malik. Wszyscy, którzy tu mieszkali wiedzieli kim jest. Wszyscy, którzy oglądali futbol znali go, bez względu na miejsce zamieszkania. Jego popularność zagwarantowała mu udział w reklamach każdej telewizji w Ameryce, za granicą prawdopodobnie też. Zachwalał różne produkty, od dezodorantów do elektronarzędzi. Był ikoną amerykańskiego marzenia o sukcesie. I cholernie dobrze wyglądał.
-Spotkaliśmy się dziś rano. - powiedział.
-Tak, spotkaliśmy się. I jeszcze raz dziękuje za wskazówki dotyczące biura.
-Proszę bardzo. Cóż, jesteś tutaj gościem?
Posłała mu uśmiech.
-Nie. Nie jestem gościem.
Wygiął brew.
-Wśliznęłaś się bez zaproszenia, co?
Roześmiała się.
-Nie, jestem organizatorką imprez.
-To prawda? Odwaliłaś niezłą robotę.
Och, zaczęło się robić ciepło.
-Dziękuję. Cieszę się, że tak myślisz.
-Może nie wiem wiele o organizowaniu balu, ale lubię jeść, a jedzenie było dobre. Jest mnóstwo firmowego alkoholu, a zespół wymiata.
No dobra, policzki aż bolą ją od ciągłego uśmiechu.
-Dziękuje ponownie.
Gdyby tylko powiedział te wszystkie słowa Markowi Stokesowi, właścicielowi drużyny. Zaszłaby dalej w kierunku cementowania jej przyszłości.
-Kiedy kończysz pracę?
Odchyliła głowę do tyłu i zmarszczyła brwi. Czy on do niej uderza? Spojrzała na tłum, który aż oślepiał tymi wszystkimi oszałamiająco pięknymi kobietami znajdującymi się w pomieszczeniu, z których wiele miało oczy skierowane na Zayna. Z pewnością Carrie niewłaściwie zrozumiała jego grzeczność, biorąc ją za coś innego.
-Zostaje dopóki ostatnia osoba nie pójdzie do domu.
Zaśmiał się, a ciemny ochrypły głos wysłał impuls w dół jej kręgosłupa.
-Kochanie, w takim razie możesz spędzić tutaj całą noc. Ci faceci nie wiedzą, kiedy zakończyć przyjęcie.
Tego się spodziewała, dlatego też powiedziała w hotelu, że chcą pokoju na całą noc i gwarantowanych nadgodzin dla zespołu oraz dodatkowy personel przy cateringu i przy barze.
-Robię to, co musi być zrobione.
-I dobrze przy tym wyglądasz. Jak to się stało, że nie nosisz jednego z tych strojów kamerdynera lub białego fartuszka?
-Jestem po prostu organizatorką przyjęć. Wszyscy inni wykonują prawdziwą pracę.
-Więc masz się ładnie ubrać, nadzorować i upewnić się, że każda gra zakończy się bez partaczenia.
-Coś w tym rodzaju.
-I dobrze wyglądać na wypadek, gdyby ktoś chciał z tobą porozmawiać na temat rezerwacji imprezy.
-Jesteś spostrzegawczy, czyż nie?
-A mówią, że futboliści są głupi.
Lubiła tego faceta. Był zabawny i inteligentny, jednak nadal nie rozumiała, dlaczego rozmawiał właśnie z nią, kiedy była tutaj cała śmietanka towarzyska.
-Chyba powinnam iść dalej - powiedziała
-Ktoś przywołuje cię przez słuchawkę albo woła o pomoc?
-Cóż... nie.
Rozejrzał się po sali balowej.
-Coś się gdzieś pali lub jakiś bardzo nerwowy szef kuchni potrzebuje Valium?
-Nie.
Ruszył ku niej i wziął ją za rękę, następnie położył ją na swoim ramieniu.
-W takim razie tak naprawdę nie musisz iść, prawda?
-Chyba nie.
-Dobrze. Jestem Zayn Malik.
-Carrie Lincoln.
-Miło cię poznać, Carrie Lincoln.
Poprowadził ją z dala od tłumu, poza salę balową.
-Naprawdę powinnam...
-Masz węzeł łączności w uchu. Jeśli coś wyskoczy, ktoś będzie krzyczał. A twoim zadaniem jest upewnić się, że goście są zadowoleni, prawda?
-Tak.
-Jestem gościem i chciałbym, do diabła, wyjść z tej sali balowej i porozmawiać. Co oznacza, że wykonujesz swoją pracę i upewniasz się, że jestem zadowolony.
To prawda, ale z jakiegoś powodu czuła się jakby właśnie została zaskoczona przez liniowego (zawodnik linii obrony w futbolu).
I kto teraz myśli w kategoriach futbolowych?
Posadził ją na jednej z wyściełanych ławek w zewnętrznym lobby, poza salą balową. Musiałą przyznać, że z dala od zgiełku panował błogi spokój. I och, dlaczego nie miałaby zdjąć na chwilę wysokich obcasów. Elegancki wygląda był konieczny, nawet jeśli bolesny.
-Dlaczego nie jesteś w środku imprezy wraz z kolegami z drużyny?
Wzruszył ramionami.
-Potrzebowałem przerwy.
-Potrzebujesz przerwy od tej niesamowitej imprezy, którą zorganizowałam?
-Twoja impreza jest w porządku - powiedział, odchylając się do tyłu i opierając rękę z tyłu na ławce. - Po prostu nie jestem typem imprezowego faceta. Stanie i udzielanie się towarzysko, to nie moja rzecz.
-A jednak widzę cię w czasopismach, na prawie każdej dużej imprezie w Nowym Jorku, Los Angeles i tutaj w San Francisco. W samym centrum tego wszystkiego, zwykle z kilkoma pięknymi kobietami tuż obok ciebie.
Jego usta wygięły się w porażająco seksownym uśmiechu, który sprawił, że poczuła drżenie w środku.
-To tylko PR (piar), kochanie.
-Aha. Nie to piszą brukowce.
Czuła jego ramię ponownie dotykające jej pleców. Bardzo niepokojące.
-Nie powiesz mi, że kupujesz te szmatławce.
-Nie powiesz mi, że wszystkie te kobiety, z którymi się spotykałeś w ciągu tych lat były tylko ślicznotkami i niczym więcej.
-Dobra, masz mnie. Ale nigdy nie byłem poważnie zaangażowany z żadną z nich.
-Więc mówisz, że jesteś męską dziwką?
Zakrztusił się śmiechem.
-Wow. Nie odpuszczasz, prawda?
Uśmiechnęła się do niego.
-Wystarczy do nich zadzwonić.
-Nie wiesz we wszystko, co zobaczysz w telewizji i co przeczytasz w gazetach. To nie jestem ja.
-Naprawdę. A jaki jesteś?
-Spotkaj się ze mną, gdy to się skończy, a może się dowiesz.

środa, 22 stycznia 2014

The Perfect Play - Zayn Malik 1

Rozdział 1

Pot spływał z twarzy i ramion Zayna Malika. Trening, który właśnie przetrwał, skopał mu tyłek. Oparł się o ścianę szatni, ale cegły ani lodowata woda na jego rękach wcale nie pomogły obniżyć temperatury ciała. Był rozpalony i spocony, uderzył i ziemię tyle razy, że prawdopodobnie zjadł połowę brudu z boiska.
Był wyczerpany i nie miał cholernego nastroju na wieczorną imprezę. To, co naprawdę chciał zrobić, to wziać zimny prysznic, iść do domu i zamówić pizzę. Zamiast tego musi założyć smoking, uśmiechać się i trzymać się w sali balowej z resztą swojej drużyny San Francisco Sabers z Narodowej Ligii Futbolowej. Będą tam fotografowie, kamery telewizyjne i zapewne horda kobiet czekających na niego.
Lata temu, to mogłaby być atrakcja nocy.
Nigdy więcej.
Kiedy stał się taki zmęczony tym wszystkim? Do diabła, kiedy stał się stary?
Zdjął koszulkę i rzucił ją na podłogę, ściągnął ochraniacz, odetchnął z ulgą, po czym chwycił ręcznik i wytarł pot z twarzy. Rozsznurował spodnie, opróżnił wodę z dzbanka i poszedł napełnić go ponownie.
Wtedy usłyszał głos na zewnątrz szatni. Kobiecy głos.
Co robiła kobieta tutaj na dole? Otworzył drzwi i zobaczył wspaniałą blondynkę stojącą kilka stóp dalej w holu, obracającą się wkoło i mamroczącą do siebie. To dopiero był widok, ona w tej biznesowej spódnicy do kolan, wysokich obcasach odsłaniających jej niesamowite nogi, w śnieżno białej bluzce i z upiętymi włosami.
Cała sztywna i taka właściwa, sprawiała, że miał brudne myśli o pognieceniu tej jej śnieżno białej koszuli.
-Powinnam była skręcić w lew. Wiem, że to miało być w lewo. Jakby nie było, teraz zgubię się w tej jaskini i zostanę zwolniona.
Znowu oparł się o drzwi, kiedy ona patrzyła w dół długiego korytarza, postukiwała tym swoim butem na wysokim obcasie i mamrotała coś jeszcze.
-Tak w ogóle, gdzie do cholery jest biuro? Nie może przecież znajdować się w cholernej piwnicy tego budynku.
-Nie, to nie tutaj.
Odwróciła się, najwyraźniej zakłopotana tym, że dała przyłapać się na mówieniu do siebie. Jej oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy, po czym ruszyła w jego kierunku.
-Och. Dzięki Bogu. Żyjąca istota ludzka. Możesz mi pomóc? Zgubiłam się.
-Jasne. Szukasz biura?
-Tak
Zatrzymała się przed nim, i pachniała tak cholernie dobrze - jak wiosna i ciasteczka, czy coś, że był zakłopotany, bo on pewnie nie pachniał jak coś pociągającego.
-Skręć w prawo, potem pierwszym korytarzem w lewo. Znajdziesz windy. Wciśnij przycisk na najwyższe piętro. Gdy wysiądziesz, ponownie skręć w lewo i idź do końca korytarza. Tam mieści się biuro.
Przyglądała mu się przez chwilę, a następnie posłała mu szeroki uśmiech.
-Jesteś moim bohaterem. Bałam się, że będę tu zagubiona na zawsze i nigdy nie dostanę tych podpisanych umów. Muszę lecieć. Dziękuję!
Odwróciła się i praktycznie pobiegła korytarzem, choć to, jak mogła biec w tych butach, było czymś, czego nigdy nie zrozumie o kobietach.
Na pewno, była piękna, ale nie w ten sposób, do którego był przyzwyczajony. Nie była przesadnie umalowana, więc jej piękno było naturalne. Nie był to ten rodzaj kobiety, który zazwyczaj preferował. Może to było to, co mu się w niej podobało.
A on nawet nie przejmował się tym, żeby się przedstawić. Albo zapytać o imię.
Szkoda, bo mógłby przysiąc, że między nimi mogłoby zaiskrzyć.
Chociaż z drugiej strony, może to było tylko jego wyobrażenie. Mógł po prostu potrzebować strumienia zimnej wody, by obniżyć temperaturę ciała. Panował dziś zbyt duży upał.
Wrócił do środka, chwycił ręcznik i udał się pod prysznic.

Przepraszam!

Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam. Byłam zajęta. Ale mam teraz zamiar robić to w miarę regularnie.

Miłego czytania!

niedziela, 29 września 2013

Jutro przyjdzie większa fala - Harry Styles Epilog

Epilog



- Nie wierć się tak, bo ci wbiję igłę w pupę - po raz kolejny upomniała ją matka.
(T.I) jednak koniecznie chciała się odwrócić, żeby zerknąć do lustra.
- Mamo, to ja idę w tej sukience na bal matu­ralny, a nie ty, więc powinnam wiedzieć, jak w niej wyglądam.
- Zaraz zobaczysz, obiecuję. Muszę tylko za­znaczyć, gdzie zwęzić.
(T.I) uzbroiła się w cierpliwość i przez kilka minut stała bez ruchu niczym manekin w oknie wystawowym.
- Teraz możesz się obejrzeć - oznajmiła ma­ma. - I co? Czemu nic nie mówisz? - Zaniepokoiła się, ponieważ córka od dłuższej chwili stała przed lustrem, jakby ją zamurowało.
- To naprawdę jestem ja? - spytała (T.I) z nie­dowierzaniem.
Czasami sobie coś wymarzymy, a potem, kiedy to dostajemy, okazuje się, że to coś wcale nie jest takie fantastyczne, jak nam się wydawało.
(T.I) wymyśliła sobie na bal maturalny su­kienkę z bladożółtego, lejącego się jedwabiu, na wąziutkich ramiączkach, dopasowaną u góry, roz­szerzającą się dopiero od bioder i naturalnie spły­wającą aż do ziemi, bez żadnych marszczeń, falba­nek czy innych ozdób.
Sukienka była dokładnie taka, jak ją sobie wyo­braziła, tyle że jeszcze piękniejsza niż w marze­niach.
- Jest cudna. - (T.I) obróciła się kilka razy, że­by zobaczyć, jak dół sukni będzie się układał w tańcu.
- Fiu, fiu! - zawołał Terry, wchodząc do poko­ju. - Czy to moja siostra?
(T.I) wykonała przed nim jeszcze kilka obro­tów.
- Wcale nie jesteś taka brzydka, jak mi się wy­dawało - zaczął się z nią droczyć Terry.
- Nienawidzę cię!
- I tak wiem, że mnie kochasz. A swoją drogą, to Harry będzie musiał na ciebie uważać na tym balu. - Terry podszedł do okna, bo usłyszał, że ktoś podjeżdża pod dom. - No właśnie, o wilku mowa...
- Harry? - zdziwiła się (T.I). - Co on tu robi o tej porze? Powinien być w pracy w Hilo.
Od jakiegoś czasu w soboty pracował razem z Louisem w supermarkecie w Hilo.
- Przecież on nie może mnie zobaczyć w tej su­kience! - zawołała przerażona. - To miała być nie­spodzianka!
- No to idź się przebierz, a ja go zatrzymam na werandzie.
- Dzięki. - Zanim wyszła z salonu, odwróciła się i przesłała bratu w powietrzu całusa. - Masz ra­cję, jednak cię kocham.
- Uważaj, żebyś się nie przewróciła! - zawoła­ła za nią mama. - I zdejmuj ją ostrożnie, żeby nie popękały fastrygi, bo nie będę wiedziała, ile zwę­zić!
Pięć minut później (T.I), przebrana w szorty i w top na ramiączkach, wyszła na werandę.
- Co ty tu robisz? Czemu nie jesteś w pracy? ~ spytała, zanim zdążyła się przywitać z Harrym.
Podszedł do niej, objął ją i pocałował.
Jak cudownie się czuła, kiedy ją przytulał...
- Nie cieszysz się, że mnie widzisz? - zapytał.
- Pewnie, że się cieszę, ale zastanawiam się, ca z twoją pracą.
- Potem ci to wyjaśnię - powiedział i się uśmiechnął. - Masz czas, żeby gdzieś ze mną pojechać?
- Teraz? - zapytała, przyglądając mu się uważnie. Bardzo jej się wydał tajemniczy. - O czwartej ma wpaść Coral.
- Do tego czasu dawno będziemy z powrotem.
- I nie powiesz mi, dokąd chcesz mnie porwać.
Harry pokręcił głową.
- No dobrze, powiem tylko mamie, że gdzieś mnie zabierasz.
Mama na szczęście miała zaufanie do chłopaka córki i nie wypytywała o szczegóły.
(T.I) wróciła do Harrego i zanim wsiadła do sa­mochodu, zobaczyła coś, co ją zdziwiło i trochę za­niepokoiło. Z bagażnika toyoty wystawała deska surfingowa, ta sama, którą kiedyś chciał od niego pożyczyć albo kupić Mick. A przecież od półtora roku, od śmierci Nialla, ani razu na niej nie stanął.
- Po co wozisz ze sobą tę deskę? - zapytała, sa­dowiąc się w fotelu pasażera.
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie.
- Ale co z twoją pracą? - To ją wyraźnie niepo­koiło, wiedziała bowiem, jak zależało mu na tym, żeby ją zdobyć.
- Nie martw się, znalazłem inną.
- Jaką?!
Roześmiał się.
- Możesz mnie pytać, ile chcesz, a i tak nic wię­cej ci nie powiem.
Jechali w stronę Hilo. Harry nie skręcił jednak w Drogę Starego Douglasa, lecz pojechał wzdłuż oceanu. (T.I) przemknęło przez głowę, że mo­że to mieć jakiś związek z deską, a kiedy zatrzy­mali się na poboczu, w miejscu, gdzie był najła­twiejszy dostęp do plaży, była już niemal pewna, że tak jest.
Niespokojnie przyglądała się Harremu, kiedy wyjmował deskę z bagażnika.
- Znowu zacząłeś surfować? - spytała, idąc obok niego przez zarośla.
- (T.I), proszę cię, wytrzymałaś już tyle, wy­trzymaj jeszcze kilka minut.
- W porządku - zgodziła się i o nic już więcej nie zapytała.
Na plaży, jak zwykle w soboty, było wielu surferów. Kiedy zeszli po skałach, Harry wziął ją za rękę i poprowadził w stronę grupy jedenasto - , dwunastoletnich dzieciaków. Był z nimi mężczy­zna, który wydał jej się znajomy.
Po chwili przypomniała sobie, że widziała go, kiedy przyszła tu zaraz po powrocie z Seattle. Był instruktorem surfingu i udzielał pierwszych wska­zówek dzieciakom w podobnym wieku jak ci tutaj.
- Cześć, Harry! - zawołał.
- Cześć, Doug! - odparł Harry. - Przyprowa­dziłem swoją dziewczynę - oznajmił. - (T.I), po­znaj Douga.
Przywitała się z mężczyzną, który z daleka wy­glądał znacznie młodziej. Miał wprawdzie chło­pięcą sylwetkę, ale zmarszczki na twarzy świad­czyły o tym, że przekroczył już czterdziestkę.
Zauważyła, że dzieciaki z ciekawością przyglą­dają się Harremu. Wkrótce dowiedziała się dla­czego.
- No dobra, chłopaki - powiedział Doug. - Po­znajcie Harrego. Będzie waszym instruktorem sur­fingu.
A więc to jest ta praca, zrozumiała (T.I) i była tym tak zaskoczona, że zupełnie nie wiedziała, co myśleć.
Usiadła na piasku i przyglądała się Harremu, jak wita się po kolei z każdym dzieciakiem. Musia­ła przyznać, że wie, jak z nimi rozmawiać. No ale jeśli się ma tylu młodszych braci...
Potem usiadł na swojej desce, a chłopcy, patrząc w niego jak na guru, natychmiast zrobili to samo. Wszyscy poza jednym. Ten wcale nie miał ochoty iść za przykładem pozostałych.
- Kiedy wejdziemy do wody? - spytał niecier­pliwie. - Są fale - dodał, wskazując na morze.
- Thomas, fale są zawsze. Fale ci nie uciekną - odparł Harry.
- A właśnie, że uciekną!
- To przyjdą następne. Zawsze przychodzą.
(T.I) podziwiała go i za to, że zapamiętał imię dzieciaka, i za to, że potrafił mówić do niego z ta­kim spokojem.
- Zanim wejdziemy do wody - zaczął Harry, kiedy Thomas wreszcie dał za wygraną i usiadł - spróbuję wam wyjaśnić, na czym polega jeżdżenie na desce. Ale jeszcze zanim to zrobię, muszę wam powiedzieć coś znacznie, znacznie ważniejszego.
Dzieciaki słuchały go z rozdziawionymi bu­ziami.
- Surfing to fantastyczny sport. Nie wiem, czy jest wspanialszy. Mam nadzieję, że wkrótce wszyscy nauczycie się łapać fale, stawać na desce, sunąć w skos fali, przodem do fali, tyłem, na krawędzi, i wierzę, że będziecie w tym dobrzy. Kto wie, może któryś z was zostanie mistrzem świata w surfingu, jak Kelly Slater albo Andy Irons.
Dzieciakom aż się zaświeciły oczy, zwłaszcza Thomasowi.
- Ale wcale nie musicie zostawać mistrzami - ciągnął Harry. - Ważne, żeby surfing sprawiał wam przyjemność. - Przerwał i spojrzał na swoich podopiecznych, na krótką chwilę zatrzymując na każdym wzrok. - Najważniejsze jest to, żebyście pamiętali, że surfing nie zastąpi wam wszystkiego, że poza nim są jeszcze inne ważne rzeczy. Przyja­ciele, szkoła, rodzina...
Znów zrobił krótką przerwę.
- Jest jeszcze coś. I tak naprawdę nie ma nic ważniejszego od tego, co powiem wam teraz, Surfing może być niebezpieczny. - Znów zrobił pauzę, dłuższą niż poprzednie, jakby czekał, aż jego słowa dotrą do każdego dzieciaka. Potem na sekundę popatrzył na (T.I) i ciągnął, dopiero kiedy się do niego uśmiechnęła i skinęła mu głową. - Jeśli kiedyś się zdarzy, że któryś z was poczuje, że grozi mu niebezpieczeństwo i w tym momencie natychmiast nie wyjdzie na brzeg, to znaczy, że powinien zapomnieć o surfingu i już nigdy, nigdy w życiu nie stanąć na desce.
- Umie z nimi rozmawiać, prawda? - szepnął Doug, który usiadł obok (T.I).
- Ma sześciu młodszych braci - powiedziała cicho. - A poza tym myślę, że wie, o czym mówi. To nie jest taka sobie gadka i mam nadzieję, że te dzieciaki to czują. Nie wiem, może któryś z nich koniecznie będzie chciał zostać następnym Bobem Simonsem... Mam nadzieję, że nie. Ale jeśli to, co w tej chwili mówi Harry, dotrze choćby do jedne­go z nich, to i tak jestem dumna, że mam takiego dobrego i mądrego chłopaka.
Doug długo jej się przyglądał.
- To, co powiedziałaś, też nie było taką sobie gadką. Ty też wiesz, o czym mówisz, prawda?
- Wiem.

Jutro przyjdzie większa fala - Harry Styles 16

 Rozdział 16



Idąc za wskazówkami pani Horan, (T.I) z łat­wością odszukała grób. Dziś była pierwsza roczni­ca śmierci Nialla, więc grób tonął w kwiatach. Mu­siała je nieco rozsunąć, żeby znaleźć miejsce dla swoich plumerii.
Zdjęcie na nagrobku było sprzed kilku lat. Uśmiechnięty, jedenasto - , może dwunastoletni chłopak z nieco zadziorną miną i oczami, w których jeszcze nie było tego błysku szaleństwa, jakie skazi­ło je potem.
Ponad kwadrans stała przy grobie i próbowała go sobie przypominać właśnie takiego. Czuła ulgę. Pożegnała się z Niallem i dopiero idąc do bramy, zdała sobie sprawę, jak bardzo to pożegnanie było jej potrzebne.
Kiedy wyszła z cmentarza, do przyjazdu dziad­ka została jeszcze ponad godzina. Umówili się, że będzie czekać na niego pod bramą. Mogłaby przejść aleją i zaczekać przy szosie, ale tam trudno byłoby znaleźć kawałek cienia, a tu był przyjemny chłód i stała ławeczka.
Usiadła i znów zaczęła się przyglądać kolibrom. Nie wiedziała, czy to te same, czy może tamte od­leciały, a przyleciały inne, żeby się pożywić nekta­rem z żółtych języków wystrzelających ze środ­ków kwiatów.
Patrząc na nie, myślała o tym, co mówiła pani Horan o cieszeniu się życiem.
Kiedy usłyszała warkot silnika, zerwała się i spojrzała w głąb alejki, wypatrując samochodu dziadka. Ale zza zakrętu wyjechał nie zielony chev­rolet, tylko inny, nieznany jej samochód. Spoj­rzawszy na zegarek, zrozumiała, że to nie mógł być dziadek. Żadną miarą nie zdążyłby w takim czasie dojechać do Hilo, załatwić swoich spraw przy Banyan Drive i wrócić tu po nią.
Przestała się interesować nadjeżdżającym sa­mochodem i znów przyjrzała się kolibrom. Ode­rwała od nich oczy dopiero, kiedy koło bramy za­trzymała się srebrna terenowa toyota.
Zaparło jej dech w piersiach, gdy zobaczyła, że wyskakuje z niej Harry. Nie zauważył jej, nawet nie spojrzał w stronę ławeczki. Nie zamknął za so­bą drzwi samochodu i wszedł na cmentarz.
Chciała go zawołać, pobiec za nim, ale zarówno głos, jak i nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Do­piero po jakimś czasie wstała i podeszła do bramy. Widziała, że Harry właśnie doszedł do grobu Nialla. Postał tam chwilę - nie dłużej niż trzy minu­ty - a potem zaczął się rozglądać, jakby czegoś al­bo kogoś szukał.
Kiedy napotkała jego wzrok, pomyślała, że sprawia takie wrażenie, jakby szukał właśnie jej. Natychmiast jednak odrzuciła tę głupią myśl, bo niby skąd miałby wiedzieć, że tu jest, nawet gdy­by z jakiegoś powodu jej szukał.
Szedł w jej stronę.
Przez chwilę się zastanawiała, czy ruszyć mu naprzeciw, czy poczekać. Zdecydowała się zostać, nie dlatego, że próbowała odwlec to spotkanie. Chodziło jej o coś zupełnie innego - nie chciała, żeby do niego doszło między grobami.
Cofnęła się więc o kilka kroków i czekała przy samochodzie, którym przyjechał. Dopiero teraz przypomniała sobie, że tym wozem jeździł kiedyś jego ojciec.
Wydawało jej się, że minęła cała wieczność, za­nim znalazł się na tyle blisko, by mogła zobaczyć jego twarz.
- Cześć, Harry - powiedziała drżącym z prze­jęcia głosem.
- (T.I)... - Głośno przełknął ślinę. - Szukałem cię...
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Twoja mama powiedziała mi, że pojechałaś za­wieźć komuś kwiaty. Pamiętałem, że dzisiaj mija rok od śmierci Nialla, więc poskładałem wszystko do kupy.
- Dobrze cię widzieć - powiedziała (T.I), uśmiechając się.
On też się uśmiechnął, ostrożnie, tak jakby się obawiał, że nie powinien, że mu nie wolno.
- Wiesz, wczoraj w szkole, kiedy cię zobaczy­łem, tak kompletnie zgłupiałem, że... - znów mu­siał przełknąć ślinę, ponieważ głos zachrypł mu z emocji - że nie wiedziałem, ani co powiedzieć, ani jak się zachować.
- Harry, jeśli ktokolwiek powinien tu przepraszać, to ja.
- Za co?
- Za to, co powiedziałam wtedy na plaży.
- Daj spokój, byłaś w szoku. Nie wiedziałaś, co mówisz. Nigdy, ani przez chwilę, nie miałem ci te­go za złe.
- Masz rację, byłam w szoku i nie wiedziałam, co mówię. Tylko że od tego czasu minął rok, a ja byłam tak skupiona na sobie, na swoim poczu­ciu winy, że nie przyszło mi do głowy, że inni też czują. - Uśmiechnęła się, gdy uświadomiła sobie, że bezwiednie powtórzyła słowa matki Nialla.
- Dlaczego się tak dziwnie uśmiechasz?
Opowiedziała mu swą rozmowę z panią Horan.
- Wiesz, na co patrzyła, kiedy mówiła, żebym cieszyła się życiem, bo jest się czym cieszyć? - dodała na koniec.
- Nie mam pojęcia.
- Na to. - Linda wskazała ręką na kolibry przy krzaku hibiskusa. - I wiesz co? Chyba posłucham jej rady.
Harry patrzył na nią. Jego twarz przez chwilę rozjaśniał uśmiech, odważny, niczym niezmącony. Ale potem znów spoważniał.
- Wiesz, co mnie najbardziej męczyło przez ten rok? - spytał.
Pokręciła głową.
- To, że wtedy, u ciebie na werandzie, wyko­rzystałem to, że byłaś przygnębiona i bezradna.
- Myślisz o...
Czuła, że się czerwieni. Słowo „pocałunek” ja­koś nie chciało jej przejść przez usta. W ciągu mi­nionego roku tyle razy go sobie przypominała, ale nie chciała o nim wspominać tu, blisko grobów.
- Myślę właśnie o tym - odparł Harry.
- To nieprawda, wcale nie wykorzystałeś mojej słabości. - Pomyślała, że jeśli odejdzie od cmenta­rza, łatwiej jej będzie o tym mówić. - Masz czas, żeby się przejść?
- Jasne.
Ruszyli przed siebie i szli wolno środkiem alei.
- Nie wykorzystałeś mnie. - (T.I) wróciła do przerwanej rozmowy. - Nie wiem, jak to się stało, ale ja też tego chciałam.
Przez chwilę milczeli. Harry. Tym razem ode­zwał się pierwszy.
- A wiesz, co w tym wszystkim było najgorsze? To, że chociaż robiłem sobie wyrzuty, to i tak uwa­żałem tamte chwile na werandzie za najpiękniejsze, jakie w życiu przeżyłem. Potrafisz sobie to wyobrazić?
- Potrafię, bo ze mną było podobnie - powie­działa (T.I).
- Boże, jak ja za tobą tęskniłem przez ten rok...
Zatrzymali się i tak jak tamtego wieczoru, od­garnął jej włosy za ucho, a po chwili poczuła na policzku jego dłoń.
Tylko że teraz się nie pocałowali, mimo że obo­je bardzo tego chcieli.
Stali, patrząc na siebie, a potem ruszyli aleją.
- Pamiętasz, jak tego wieczoru obserwowali­śmy zachód słońca i w pewnym momencie zapy­tałeś mnie, o czym myślę? - spytała (T.I).
- Aha... Powiedziałaś, że właściwie o niczym.
- To była nieprawda. Zastanawiałam się nad tym, dlaczego to Niall, a nie ty, zainteresował się mną na tyle, żeby zacząć się ze mną umawiać.
Harry uśmiechnął się smutno.
- Zainteresował...? - powtórzył za nią z gory­czą w głosie. - To nie jest dobre słowo. Nie byłem tobą zainteresowany, byłem w tobie zakochany.
Stanęła w miejscu i przyglądała mu się z niedo­wierzaniem.
- W żaden sposób mi tego nie pokazałeś - powiedziała, kręcąc głową.
- Bałem się.
- Czego?
- Chyba się obawiałem, że jeśli wystraszy cię moja miłość, to stracę też twoją przyjaźń.
(T.I) wciąż z niedowierzaniem kręciła głową.
- A potem - ciągnął Harry - i tak ją straciłem, bo zaczęłaś się spotykać z Niallem. Nie masz poję­cia, jak wtedy cierpiałem.
- Nigdy tego nie zauważyłam.
- Wiesz, jak pracowałam nad tym, żebyś tego nie widziała?
- Wyobrażam sobie - odparła i tym razem to ona pogładziła go delikatnie po twarzy.
Harry przytrzymał jej dłoń na swoim policzku, a potem objął (T.I) i przytulił. Usta miała na wy­sokości jego szyi. Wystarczyło tylko, żeby albo ona uniosła nieco głowę, albo on trochę się schylił, ale żadne z nich nie wykonało tego ruchu.
Szli dalej, trzymając się za rękę.
- O czym myślisz? - spytał Harry, kiedy zbliży­li się do szosy na tyle, że było ją widać.
- O tym, że powinniśmy wracać, bo jeśli nadje­dzie dziadek, będziesz musiał sam iść do samo­chodu.
- Nieprawda, wcale nie o tym myślałaś.
- Masz rację, myślałam o czymś zupełnie in­nym.
- O czym? - dociekał.
- O tym, czy uda nam się kiedyś pocałować i czy zawsze będziemy się bać, że jeśli to zrobimy, to stanie się coś złego.
Harry pokręcił głową.
- Nie, nic złego się nie stanie, obiecuję.
I nic złego się nie stało.